Przyznam, że do zakupu tej książki skusiła mnie okładka, a raczej nazwisko autora. No, bo jak oprzeć się opisowi o planowanym zatopieniu wsi, spisanym przez Rasputina?! Toż brzmi conajmniej jak Wybawienie, Jamesa Dickey. Tymczasem powieść Walentina Rasputina, Pożegnanie z Matiorą, okazała się liryczną opowieścią o odchodzącym świecie, i następującym nowym. Jest to pochłaniająca opowieść o ludzkich losach, pióra autora, który poświęcił swoją twórczość rozterkom duchowym, oraz problemom etycznym i ekologicznym…
“Powiadasz, że maszyny. Maszyny na was pracują. No, no. Dawno już one nie na was, ale wy na nie pracujecie. A dla nich to dużo potrza! To nie koń, któremu podrzucisz owsa i puścisz go, byle się pasł. One z was wszystkie żyły wyprują, do tego są zdatne. Jak to szybko biega i ile zagarnia. Ciągnie was do nich. One od was, wy za nimi w pogoń. Dogoniliście czy nie dogonili, a te maszyny już stworzyły następne, już bez was, same je robią. Albo z siebie rodzą, żelazo z żelaza. Te nowe są jeszcze zawziętsze. A wy jeszcze zajadlej musicie gnać, żeby nie zostać z tyłu. Już nie macie głowy do siebie, do człowieka… sami siebie niedługo rozwłóczycie po drodze. Coś tam, żeby szybciej gnać, zostawicie, reszty nie potrzeba. I w dawniejszych czasach ludzie pracowali, nie siedzieli z założonymi rękoma, ale robili to spokojnie, a nie tak. Teraz wszystko biegiem. I do roboty, i do stołu – nigdzie nie ma czasu. Nawet dzieci w biegu rodzą. A ten dzieciak jeszcze nie zdążył się urodzić, jeszcze nie stanął na nogi, a już się zasapał. [...]
Przecież nie trzeba tak postępować, lecieć na oślep. Dlaczego by nie przeżyć życia w jakimś ładzie, pomyśleć, jaką pamięć po sobie zostawisz. A pamięć to wszystko pamięta, wszystko zatrzymuje, nie zgubi ani okruszynki.”
Walentin Rasputin, Pożegnanie z Matiorą.








