Zapewne niejeden pisarz z zainteresowaniem przyjąłby wezwanie do udziału w procesie sądowym, na ławie przysięgłych. I ja powinienem cieszyć się z okazji do poznania procesu sądowego, gdyby nie fakt, że, jak na złość planowany jest na okres kiedy zwykłem spędzać czas rozkoszując się ciepłym słońcem południa gdy w domu zima. Co robić? Z jednej strony obowiązek obywatelski, z drugiej zwykła potrzeba organizmu, no i z trzeciej sumienie. Dwa do jednego przeciwko, a odmówić nie można. Wypełniam wówczas formularz kwalifikacyjny słowami Lwa Tołstoja, i mam spokój na parę lat, do czasu gdy Ministerstwo tzw ‘Sprawiedliwości’ znowu przypomni sobie o mnie:
“Stały argument: co w takim razie robić ze złoczyńcami, czyż przestępstwa ich miałyby uchodzić bezkarnie? – teraz już przestał go zbijać z tropu. Argument ten miałby znaczenie, gdyby było dowiedzione, że kary zmniejszają ilość przestępstw, że przyczyniają się do poprawy przestępców, ale skoro jest dowiedzione, że dzieje się wprost przeciwnie i że nie jest w mocy jednych ludzi naprawiać innych, więc jedyną rozsądną rzeczą, jaka nam pozostaje, to zaniechać tego, co nie tylko jest bezużyteczne, ale szkodliwe, a poza tym – niemoralne i okrutne. “Od wieków już karzecie ludzi; których uznaliście za przestępców. I jaki jest tego skutek? Czy przestępcy zniknęli? Nie tylko nie zniknęli, ale liczba ich nawet się zwiększyła, zarówno o tych przestępców; których zdeprawowały kary, jak i o tych przestępców – sędziów, prokuratorów, sędziów śledczych, dozorców więziennych, którzy siedzą i karzą ludzi.”
Niechludow zrozumiał teraz, że społeczeństwo i w ogóle jakiś ład istnieją nie dlatego, że ci uprawnieni przestępcy sądzą i karzą innych ludzi, ale dlatego, że mimo panującego zepsucia, ludzie jednak litują się nad sobą i kochają się nawzajem.”








