W trosce o dobrą kondycję fizyczną lubię pisać na stojąco. Te kilka godzin dziennie na nogach, zamiast na kanapie, czyni różnicę; szczycę się dość dobrą formą, co widać po mnie gdyż piszę w negliżu. Najchętniej pracuję na werandzie, wystawiony na delikatnie masujący północno-zachodni wiatr znad jeziora.
Znajomi na ogół kręcą nosem gdy dzielę się tajnikami pracy pisarskiej. Tymczasem dowiaduję się, że nie ja jeden piszę w ten sposób, inni pisarze również wybierali pozycję pionową, bez krępującej maski jaką jest ubiór:
Victor Hugo był leniwy i nie lubił pisać. Aby zmusić się do pracy nakazywał kamerdynerowi aby zabrał jego ubrania i nie oddawał aż pisarz odrobi dzienną dawkę pisania, nago, i często stojąc.
Edmond Rostand nie lubił gdy mu przerywano pracę, a że od gości nie mógł się opędzić więc pisał w wannie gdzie nikt mu nie przeszkadzał.
Ernest Hemingway pisał na stojąco, i na golasa, z maszyną ustawioną na wysokości… pasa.
D.H. Lawrence lubił wdrapać się na morwę rosnącą pod oknem, jak go Pan Bóg stworzył, a po zejściu zabierał się do pisania.
Poeta James Withcomb Riley podczas pracy lubił sobie dać w czub. Aby ograniczyć konsumpcję alkoholu kazał zamykać się w pokoju hotelowym, nago, co powstrzymywało go przed zejściem do baru przed zakończeniem pracy.
…
„A jednak władanie młodą, ledwie rozwijającą się duszą daje niezmierną rozkosz. Dusza jest jak kwiat, który najpiękniejszy zapach śle na powitanie pierwszego promienia słońca. Czuję w sobie tę nienasyconą chciwość pochłaniającą wszystko, co spotyka na drodze: patrzę na cierpienia i radości innych jedynie w odniesieniu do siebie, jak na pokarm podtrzymujący moje siły duchowe. Sam nie jestem już zdolny szaleć pod wpływem namiętnych uczuć; okoliczności zdławiły we mnie ambicję, ale ujawniła się ona w innym kształcie, gdyż ambicja to nic innego jak żądza władzy, a największą przyjemnością dla mnie jest podporządkowanie mojej woli wszystkiego, co mnie otacza; wzbudzać w kimś uczucie miłości, oddania i lęku — czyż to nie jest pierwsza oznaka i największy triumf władzy? Być dla kogoś powodem cierpień i radości nie mając do tego żadnego pozytywnego prawa, czyż nie jest to najsłodszy pokarm dla naszej dumy? A cóż to jest szczęście? Nasycona duma. Gdybym uważał siebie za najlepszego, najpotężniejszego ze wszystkich na świecie, byłbym szczęśliwy; gdyby mnie wszyscy kochali, znalazłbym w sobie nieprzebrane źródła miłości. Zło rodzi zło; pierwsze cierpienie daje pojęcie, jaką przyjemnością jest męczyć innego człowieka; idea zła nie może się pomieścić w głowie ludzkiej bez tego, żeby człowiek nie chciał zastosować jej do rzeczywistości: idee to twory organiczne, powiedział ktoś: ich narodzenie już im nadaje kształt i tym kształtem jest działanie; ten, w czyjej głowie zrodziło się więcej idei, więcej działa, dlatego geniusz przykuty do urzędniczego biurka musi umrzeć lub zwariować, tak samo jak człowiek potężnej fizycznej budowy, który prowadzi siedzący i stateczny tryb życia, umiera na apopleksję. Namiętności to nic innego jak idee w pierwszej fazie ich rozwoju: znamionują młodość serca i głupcem jest ten, kto zamierza przez całe życie przejmować się nimi: wiele spokojnych rzek bierze początek w burzliwych wodospadach, a żadna nie burzy się i nie pieni do samego morza. Lecz ten spokój jest często oznaką wielkiej, choć utajonej siły; pełnia i głębia uczuć i myśli nie dopuszcza szaleńczych zrywów: dusza, cierpiąc i rozkoszując się, zdaje przed samą sobą surowy obrachunek ze wszystkiego i przekonywa się, że tak być powinno; wie ona, że gdyby nie było burz, ciągły żar słońca by ją wysuszył; zagłębia się we własne życie — pieści i karze siebie jak ukochane dziecko.” 










