Niespodziewany efekt przedawkowania

Ten na przemian zimny, deszczowy, i parny lipiec jednak pozwolił osiągnąć czego od dawna poszukiwałem. Przez niesprzyjającą aurę zmuszony do bezczynności znalazłem co zdawało się bezpowrotnie utracone, a w każdym razie uśpione: wenę twórczą. Dotarłem do Niej poprzez przedawkowanie. Nie mam tu na myśli nic tak wulgarnego jak używki farmakologiczne lub te pochodzące z przemysłu monopolowego. Bynajmniej! Zaszyty w lasach upiłem się ogromną ilością intensywnie pochłanianych powieści…

To grzejąc się przy rozpalonym piecu, to znów ledwie zipiąc w dusznym i parnym ontaryjskim powietrzu, co rusz chłodząc się w jeziorze, czytałem powieść za powieścią. Nie wybierałem książek według jakiegoś programu. Przeciwnie, ściągałem z własnoręcznie skleconych półek sosnowych kolejne tomy na chybił trafił. Moje ramię najczęściej sięgało do najwyższych, podsufitowych zbiorów, gdzie dziwnym zrządzeniem lektury niższego lotu, w tanich kieszonkowych wydaniach łatwe letnie czytadła. Nie sposób je tu wszystkie wymienić, nie sposób wymienić choćby i mniejszą część, a to z tego szczęśliwego powodu, że nie pamiętam tytułów, gdyż nie wywarły stałego wrażenia. Książki służyły wyłącznie jako sposób spędzenia czasu, a nadspodziewanie doprowadziły do upojenia. Pewnego mglistego ranka zbudziłem się nie wiedząc gdzie jestem. Kręciło mi się w głowie niczym po dobrej dawce jednej z tych używek do których nieraz uciekałem się, a których nazwy widnieją na portretach Witkacego. Wstałem i zataczając się zasiadłem do manuskryptu. Na fali wzniosłego entuzjazmu pojawiła się Wena!

Możliwość komentowania jest wyłączona.