
Gdy nekrologów pisać się nie chce
9 lipiec, 2009W nadziei rozbudzenia weny od paru tygodni siedzę w głębokich lasach. Za kompanów mi tylko nury, pręgowce i szop co niektóry. Zdarza się, że do okna zajrzy sarna, lub czupurny koliber stuknie w swoje odbicie w szybie. Z pozoru więc niemal idealne warunki do pracy twórczej, ale… pogoda taka, że i nekrologów nie chce się pisać. Leje i wieje. Zimno. Palę w piecu i, z psem w nogach, czytam. Pochłaniam książkę za książką. Co jakiś czas, rozgrzany piecem, zmuszony jestem rodzący się we mnie żar gasić zimną kąpielą. Skaczę więc do jeziora i po chwili szczękając zębami suszę się przy tym czerwonym, buchającym, i jakby żywym sercu. A wena? Smętna Pani. Pisanie nic nie warte. Dlaczego? Czy warunki pogodowe winne słabej ekspresji twórczej? Czemu nie!
Są pisarze, których warsztat polega na przygotowaniu, punkt po punkcie, pracy, a następnie metodycznym spisaniu, złożeniu punktów w całość. Ja nie robię notatek, potrafię pisać tylko na fali pasji. Jakże inaczej kiedy nie wiem co przede mną, kiedy nie znam dogłębnie swoich bohaterów, i tym samym nie potrafię przewidzieć jak postąpią. Wiem tylko, że nie może długo padać, gdyż nie tylko ja, ale i moi bohaterowie chcą wówczas leżeć przy piecu i czytać książki. Ale cóż z tego za lektura?
Dopisek:
‘To dlatego, że Boga nie ma w tej głuszy!’ Przez telefon wyjaśnia Pan Zdzisio. Ale nie ma racji.
Pytam, głosem oznajmiającym, że znam odpowiedź, ‘Jakże może nie być Boga kiedy jest telefon?’ Milczy. Wyjaśniam, ‘Gdzie telefon, tam codziennie dodzwoniona modlitwa od Jezuitów!’






