Miesięczne archiwum: Lipiec 2009

Zeitgeist

Wczoraj wpadł Pan Zdzisio i namówił mnie do obejrzenia filmu Zeitgeist, którego wątek: of mitu Jezusa, po przeróżne machinacje mające na celu zniewolenie ludzkości i wprowadzenie Jednego Światowego Rządu będącego pod kontrolą wąskiej garstki potentatów, z pewnością przypadnie do gustu pasjonatom teorii spiskowych…

Film można obejrzeć bezpłatnie w serwisie Google Video (kliknij obrazek; wersja w j. ang.). Pan Zdzisio informuje mnie, że jest również polsko-języczna wersja, dostępna w Google Wideo.

Give Peace a Chance

Podczas gdy premier Kanady ogłasza plan uzbrojenia regionów pod-arktycznych, kanadyjczycy mają lepszy pomysł: koniec podatków na zbrojenia, wojny i podboje. Organizacja Conscience Canada i jej członkowie (w tym posłowie do parlamentu) mają Plan Pokojowy, gdzie obywatele mogą żądać aby pieniądze zbierane do rządowego wora w formie corocznych podatków, nie były wykorzystane w celach rozbudowy armii, lub żadnych przedsięwzięć militarnych. Oburzeni kanadyjskim udziałem w zbrodniczej napaści i okupacji Afganistanu, z poruczenia południowego sąsiada, kanadyjczycy nie chcą sponsorować zbrodni i żądają aby ich podatki wykorzystywano w sposób pokojowy. Obejrzyj 10-minutowy film w YouTube (j. ang.):

Powyższy film można również otrzymać bezpłatnie na płycie DVD, od Conscience Canada. W tejże formie wysłałem go do kancelarii Premiera RP, i wierzę, że trafi na podatny grunt, bo przecież nie „każdy człowiek jest z natury zły”.

Niespodziewany efekt przedawkowania

Ten na przemian zimny, deszczowy, i parny lipiec jednak pozwolił osiągnąć czego od dawna poszukiwałem. Przez niesprzyjającą aurę zmuszony do bezczynności znalazłem co zdawało się bezpowrotnie utracone, a w każdym razie uśpione: wenę twórczą. Dotarłem do Niej poprzez przedawkowanie. Nie mam tu na myśli nic tak wulgarnego jak używki farmakologiczne lub te pochodzące z przemysłu monopolowego. Bynajmniej! Zaszyty w lasach upiłem się ogromną ilością intensywnie pochłanianych powieści…

To grzejąc się przy rozpalonym piecu, to znów ledwie zipiąc w dusznym i parnym ontaryjskim powietrzu, co rusz chłodząc się w jeziorze, czytałem powieść za powieścią. Nie wybierałem książek według jakiegoś programu. Przeciwnie, ściągałem z własnoręcznie skleconych półek sosnowych kolejne tomy na chybił trafił. Moje ramię najczęściej sięgało do najwyższych, podsufitowych zbiorów, gdzie dziwnym zrządzeniem lektury niższego lotu, w tanich kieszonkowych wydaniach łatwe letnie czytadła. Nie sposób je tu wszystkie wymienić, nie sposób wymienić choćby i mniejszą część, a to z tego szczęśliwego powodu, że nie pamiętam tytułów, gdyż nie wywarły stałego wrażenia. Książki służyły wyłącznie jako sposób spędzenia czasu, a nadspodziewanie doprowadziły do upojenia. Pewnego mglistego ranka zbudziłem się nie wiedząc gdzie jestem. Kręciło mi się w głowie niczym po dobrej dawce jednej z tych używek do których nieraz uciekałem się, a których nazwy widnieją na portretach Witkacego. Wstałem i zataczając się zasiadłem do manuskryptu. Na fali wzniosłego entuzjazmu pojawiła się Wena!

Stara szopa

W lesie znalazłem tę starą szopę:

Gdy zmrużę oczy, to widzę jak buja się z boku na bok…

Gdy nekrologów pisać się nie chce

W nadziei rozbudzenia weny od paru tygodni siedzę w głębokich lasach. Za kompanów mi tylko nury, pręgowce i szop co niektóry. Zdarza się, że do okna zajrzy sarna, lub czupurny koliber stuknie w swoje odbicie w szybie. Z pozoru więc niemal idealne warunki do pracy twórczej, ale… pogoda taka, że i nekrologów nie chce się pisać. Leje i wieje. Zimno. Palę w piecu i, z psem w nogach, czytam. Pochłaniam książkę za książką. Co jakiś czas, rozgrzany piecem, zmuszony jestem rodzący się we mnie żar gasić zimną kąpielą. Skaczę więc do jeziora i po chwili szczękając zębami suszę się przy tym czerwonym, buchającym, i jakby żywym sercu. A wena? Smętna Pani.  Pisanie nic nie warte. Dlaczego? Czy warunki pogodowe winne słabej ekspresji twórczej? Czemu nie!

Są pisarze, których warsztat polega na przygotowaniu, punkt po punkcie, pracy, a następnie metodycznym spisaniu, złożeniu punktów w całość. Ja nie robię notatek, potrafię pisać tylko na fali pasji. Jakże inaczej kiedy nie wiem co przede mną, kiedy nie znam dogłębnie swoich bohaterów, i tym samym nie potrafię przewidzieć jak postąpią. Wiem tylko, że nie może długo padać, gdyż nie tylko ja, ale i moi bohaterowie chcą wówczas leżeć przy piecu i czytać książki. Ale cóż z tego za lektura?

Dopisek:

‘To dlatego, że Boga nie ma w tej głuszy!’ Przez telefon wyjaśnia Pan Zdzisio. Ale nie ma racji.

Pytam, głosem oznajmiającym, że znam odpowiedź, ‘Jakże może nie być Boga kiedy jest telefon?’ Milczy. Wyjaśniam, ‘Gdzie telefon, tam codziennie dodzwoniona modlitwa od Jezuitów!’