h1

I nie ma nic

9 czerwiec, 2009

Kilkotygodniowy pobyt w Polsce zakończył się zawodem. Polska ery unijnej to już miejsce jak każde inne. Pobyt w Warszawie, Krakowie, czy Gdańsku, odczuwam nie inaczej niż Paryż, Londyn, czy Berlin: te same billboardy, te same supermarkety, te same produkty na półkach marketów, tak samo chemicznie smakujące jedzenie, w kinach ta sama chała, a na półkach księgarskich te same nazwiska, tyle że tekst w przekładzie…

Ludzie? Zabiegani jak wszędzie indziej, może nawet bardziej. Pamiętam czasy gdy niemal każdy napotkany przechodzień znalazł chwilę aby podać kierunek, a przy okazji trochę pogawędzić. Dzisiaj Marszałkowska lub Nowy Świat, to Fifth Avenue, lub Champs-Élysées gdzie prędzej potrącą i zepchną z krawężnika niż przystaną wymienić parę słów… Jeśli już złapie się kogoś to burczy w niezrozumiałym języku, niby swoim, ale naprawdę w nijakim, gdzie co trzecie słowo albo spolszczoną wersją angielskiego, albo zangielszczoną polskiego.

Czego oczekiwałem? Nie potrafię odpowiedzieć, ale z pewnością czegoś innego. Nie koniecznie rzucającego się natychmiast w oczy. Mogły być chociaż jakieś smaki, albo zapach, ale nie, wszystko jak gdzie indziej. Aby chociaż coś nieuchwytnego, coś co można by, co trzeba by wyczuć szóstym zmysłem. Nie było nic.

Czego się spodziewałem? Dlaczego w ogóle spodziewałem się czegokolwiek? Na myśl przychodzi dzień sprzed paru dekad, gdy pisane mi było zmienić kontynenty. Co wówczas uderzyło, to nie inny system polityczny, nie inny poziom rozwoju technologicznego, lub kultura… Nie! Co wtedy mnie uderzyło, i od razu, jak obuchem, to smak: i tu i tam jedzenie smakowało całkiem inaczej, choć z wyglądu niby to samo. W Polsce owego niedawnego okresu można było zjeść prawdziwe, gównem nawożone i na gównie rosnące produkty. Dziś nie ma nawet tego. Nie tylko restauracyjne jedzenie lub supermarketowe produkty, ale i domowe danie smakuje jak wszędzie, za sprawą tych samych rakotwórczych nawozów sztucznych.

W mas-kulturze i w mas-produkcji wszystko wygląda i smakuje jednakowo, wszystkiego jest w bród. Ale tak naprawdę nie ma nic.