
Wyłowiłem ją, wysuszyłem w słońcu, i po paru godzinach odleciała…

Wyznam, że niejednokrotnie o wyborze książki decyduję na podstawie okładki. Jednakże nie kieruję się grafiką, lecz tekstem, jego brakiem, lub zawartością. O ile książka nie jest mi osobiście poleconą to odrzucam jeśli okładka zawiera pochwalne cytaty znanych osobistości lub autorów.
Dlaczego?
Nazbyt wiele razy zawiodły mnie entuzjastyczne jednozdaniowe recenzje przeróżnych gwiazd i mądrali. Dopiero gdy sam napisałem powieść, i dość popularną, stwierdziłem ile warte są takie pochwały, gdy poproszony o tzw „blurb” nie potrafiłem zdobyć się na odpowiedź odmowną, lub negatywną ocenę na jaką książka zasługiwała. Podejrzewam, że jestem w mniejszości, gdyż czytelnicy, przynajmniej obserwowani przeze mnie w księgarniach, wręcz pożerają pochwały. Niemniej ciekawi mnie czy wydawcy, w marketingowym wysiłku, osiągają nieraz rezultaty przeciwne zamierzonym? Czy owe pochwały winne są zwrotom, jakie zdarzają się w każdej księgarni, i w jakim stopniu?
Muszę tu również poruszyć drugą stronę kija: całkowity brak jakiejkolwiek informacji o treści książki, jej autorze, a tym bardziej pochwał, jak ma to miejsce w przypadku tak wielu książek w moim zbiorze, głównie polskich, z lat komunizmu. Wówczas nie przywiązywano wagi zabiegom marketingowym, lub nie było konieczności chwalić książki, które i tak sprzedawały się w niesłychanych jak na dzisiejsze czasy nakładach, znikających z półek na zasadzie poczty pantoflowej. Zauważam, że darzę te książki pewnym szczególnym sentymentem. Nieznani autorzy i treść ich książek kryją w sobie tyle, delikatnym dreszczykiem przeszywających obietnic…
Niejednokrotnie powtarzałem na stronach tego bloga, jak wkurza mnie, gdy moi zwyrodniali „liderzy” czynią mnie wspólnikiem w zbrodniach, używając pieniędzy z płaconych przeze mnie podatków na mordowanie ludzi („wojna z terrorem”, itp).
Okazuje się, że nie ja jeden mam dość. Bill Siksay, poseł do parlamentu Kanady, ogłosił ustawę, która pozwoli obywatelom zarejestrować się jako „conscientious objectors” i żądać aby płacone przez nich podatki nie były używane w celach militarnych, a specyficznie dla finansowania armii kanadyjskiej.
Jedno co mnie martwi to brak wyraźnego zaznaczenia w ustawie, że obywatel nie życzy sobie fundować militarne przedsięwzięcia zboczeńców na ministerialnych stołkach, w jakiejkolwiek formie, w tym również opłacanie tzw „private contractors”, czyli najemników, jak to ma miejsce w Iraku i Afganistanie.
Wywiad z posłem, w formacie MP3 (ściągnij lub wysłuchaj).
Odwiedź także: Conscience Canada

Kilkotygodniowy pobyt w Polsce zakończył się zawodem. Polska ery unijnej to już miejsce jak każde inne. Pobyt w Warszawie, Krakowie, czy Gdańsku, odczuwam nie inaczej niż Paryż, Londyn, czy Berlin: te same billboardy, te same supermarkety, te same produkty na półkach marketów, tak samo chemicznie smakujące jedzenie, w kinach ta sama chała, a na półkach księgarskich te same nazwiska, tyle że tekst w przekładzie…
Ludzie? Zabiegani jak wszędzie indziej, może nawet bardziej. Pamiętam czasy gdy niemal każdy napotkany przechodzień znalazł chwilę aby podać kierunek, a przy okazji trochę pogawędzić. Dzisiaj Marszałkowska lub Nowy Świat, to Fifth Avenue, lub Champs-Élysées gdzie prędzej potrącą i zepchną z krawężnika niż przystaną wymienić parę słów… Jeśli już złapie się kogoś to burczy w niezrozumiałym języku, niby swoim, ale naprawdę w nijakim, gdzie co trzecie słowo albo spolszczoną wersją angielskiego, albo zangielszczoną polskiego.
Czego oczekiwałem? Nie potrafię odpowiedzieć, ale z pewnością czegoś innego. Nie koniecznie rzucającego się natychmiast w oczy. Mogły być chociaż jakieś smaki, albo zapach, ale nie, wszystko jak gdzie indziej. Aby chociaż coś nieuchwytnego, coś co można by, co trzeba by wyczuć szóstym zmysłem. Nie było nic.
Czego się spodziewałem? Dlaczego w ogóle spodziewałem się czegokolwiek? Na myśl przychodzi dzień sprzed paru dekad, gdy pisane mi było zmienić kontynenty. Co wówczas uderzyło, to nie inny system polityczny, nie inny poziom rozwoju technologicznego, lub kultura… Nie! Co wtedy mnie uderzyło, i od razu, jak obuchem, to smak: i tu i tam jedzenie smakowało całkiem inaczej, choć z wyglądu niby to samo. W Polsce owego niedawnego okresu można było zjeść prawdziwe, gównem nawożone i na gównie rosnące produkty. Dziś nie ma nawet tego. Nie tylko restauracyjne jedzenie lub supermarketowe produkty, ale i domowe danie smakuje jak wszędzie, za sprawą tych samych rakotwórczych nawozów sztucznych.
W mas-kulturze i w mas-produkcji wszystko wygląda i smakuje jednakowo, wszystkiego jest w bród. Ale tak naprawdę nie ma nic.