h1

Szablon

8 maj, 2009

Wybrałem się do teatru, na premierę. Zainteresował mnie temat sztuki: pedofilia w kościele katolickim. Podejrzewam, że właśnie temat sprowadził tłumy widzów, i tylko zainteresowanie tematem było wspólną wykładnią między mną a znakomitą większością. Sztuka okazała się szablonowa i po prostu nudna. Ale tylko w moich oczach. Podczas gdy ja z każdą minutą ziewałem coraz bardziej ostentacyjnie, widownia reagowała coraz gwałtowniej, to wybuchając śmiechem, to znów zgrzytając zębami na niesprawiedliwość spotykającą głównego bohatera… Krótko mówiąc sztuka podobała się ludziom, i bardziej niż ostatnio przeze mnie oglądane; po zakończeniu, aktorów wywoływano trzykrotnie… a to znaczy iż trzykrotnie blokowano rząd, co spowodowało, że nie mogłem szybko wydostać się z teatru.

W drodze do domu zastanawiałem się co spowodowało tak odmienny odbiór i doszedłem do wniosku, że winien był szablon. Dramaturg skorzystał z konwencji jakiej często używają autorzy powieści przeróżnych kategorii (w tym wypadku coś między sensacją a komedią), gdzie wszystko jest czarne lub białe, wiadomo kto jest zły, kto dobry, kiedy się zaśmiać, a kiedy uronić łezkę. Nie winię tu autora, jakże mógłbym skoro sztuka okazała się sukcesem. Martwi mnie jednak, że tego rodzaju sukces (a więc oklaski ze wszech stron) nigdy nie będzie moim udziałem. Nie chcę tu sugerować, że nie korzystam z konwenansów w swoich powieściach, i owszem, lecz czynię to gdyż nie mam wyboru, niemniej staram się je zakopywać jak najgłębiej pozwoli na to ślepota wydawcy. Każdy autor chcący znaleźć wydawcę w Ameryce Północnej musi być przygotowany na szablonowość, wystarczy odwiedzić strony internetowe wydawców, przejrzeć ich zapotrzebowania aby stwierdzić, że złożone manuskrypty muszą zawierać bohaterów takich czy siakich, akcja musi mieć taki czy owaki przebieg, tyle a tyle zwrotów, seks ograniczony do pocałunku, oraz jednoznaczne zakończenie…

Przed dwoma tygodniami obejrzałem inną sztukę, jedną z najlepszych, które miałem okazję widzieć. Byłem jednym z nielicznych, któremu się spodobała. Widzowie siedzieli jak trusie, nie wiedząc jak reagować. Jedyny komentarz jaki później usłyszałem to “Nie rozumiem czemu miał służyć dowcip o Żydach i Palestyńczykach, kiedy sztuka nie była ani o jednych ani drugich”. Nie będę się o tym rozwodził, nadmienię jednak, że dowcip służył zobrazowaniu myśli przewodniej całej sztuki. Po spektaklu rozmawiałem z reżyserem i aktorami, i poruszyliśmy mniej więcej te myśli, które wyraziłem powyżej. Reżyser widział reakcję widzów z perspektywy różnych kultur. Ta sama sztuka wystawiona w Londynie i we Francji przyjęta była entuzjastycznie. Dlaczego? Reżyser wyjaśnił to w dwu słowach: Brak szablonu. O ile w Ameryce Północnej tworzymy utwory szablonowe, czy to z poruczenia wydawców, czy “pod” odbiorcę, to w Europie często odchodzimy od konwencji. Po drugiej stronie wody nie wszystko musi być tak czarno białe, nie zawsze musi być oczywistym który bohater jest pozytywny a który łajdakiem, a zakończenia nieraz brak całkowicie. Czemu to służy? Udziałowi odbiorcy. Czytelnik, lub widz, sam musi stwierdzić “co autor miał na myśli”, a zakończenie dopisać sobie sam.

Nie winię odbiorcy. Skłonny jestem wskazać palcem na tych, którzy decydują co i w jakiej formie jest wydawane. Wydawcy. Producenci. Kim są? Co, i czy w ogóle cokolwiek wiedzą o czytelnikach lub widzach? Nie wiem. Ale zauważam, że kryzys w świecie wydawniczym ma gdzieś swoje źródło. Przeglądając publishersweekly (subskrypcja), stwierdzam ciekawą prawidłowość, żeby nie powiedzieć szablon: północnoamerykański światek wydawniczy to koło młyńskie obracające tę samą stęchłą wodę. Miałem okazję przejrzeć archiwa tego serwisu, sięgające 2004 roku. Ludzie, których wyrzucono z jednego wydawnictwa, po paru tygodniach wypływają na wierzch w innym. Setki, których wyrzucono na ulicę jesienią ubiegłego roku, teraz już decydują co jest publikowane przez inny dom wydawniczy. I tak dzieje się od lat. Ci sami ludzie, te same, szablonowe, decyzje…