Kiedy byłem młodszy to lubiłem uważać się za bohema – ‘potrafiłem’ pisać tylko nocą. Teraz pracuję tylko nocą ponieważ dnie są zbyt gorące. Za dnia spalam tłuszcz smażąc się w ukropie, lub wyruszam w gòry, włóczę się z bezdomnymi psami, lub wyjeżdżam dalej. Szczegolnie upodobałem sobie Sierra Gorda – masyw nieopodal San Miguel. 250-cio kilometrowy odcinek pomiędzy Tequishquiapan i misją franciszkanską w Tancoyol stanowi nie tylko ucztę dla oka lecz i deser dla duszy.
Od pół-pustyni zachodniej części stanu Queretaro szosa wspina sie ponad chmury, az do tropikalnego, urodzajnego wschodu. Łyse dotychczas, lagodne wzgórza, tu i owdzie porośnięte rzadkim niskim kaktusem, stopniowo nabierają kolorow, stają sie strome, porośniete gęstą tropikalną roslinnością. Rozkładające sie na poboczach ścierwa potrąconych przez auta osiołkow zastępuje padlina psów.
Wraz ze zmieniającym sie klimatem, gdzieś na wysokości 3000 m, zmieniają sie również typy ludzkie. Pojawiają się górale, ogniokrwiści potomkowie Campeche, nieufni z początku, juz po chwili okraszonej uśmiechem i nawiązaniem do Jana Pawla 2, zamieniają się w najserdeczniejszych przyjaciół. Bogatsi o uprawną, żyzną glebę i parne, soczyste powietrze, sprawiają wrażenie zdrowszych, młodszych, silniejszych. Rzucający sie tu w oczy brak bezrobotnych, żebrzących, osowialych od obłędnego ukropu pół-pustyni pozostawionej po drugiej stronie ‘Bramy do Niebios’ (La Puerta de Cielo) – najwyzższej partii Sierra Gorda. Odnosi się wrażenie, że praca tu wre, nie istnieje potrzeba sjesty i nikt nie odkłada postanowień do ‘mañana’.
Gęsta, zimna, codzienna mgła pokrywa rosąświat, odżywia nie tylko bujną roślinność, lecz i nadaje siły witalne każdemu stworzeniu. Po suchym, męczącym, przytłaczającym ukropie pół-pustyni, wilgoć zmywa ze mnie nie tylko kurz ale i wszelkie troski, powracają zagubione w dole nadzieje i wypalona wena twórcza.








