Miesięczne archiwum: Luty 2009

Wena na wysokości

Kiedy byłem młodszy to lubiłem uważać się za bohema – ‘potrafiłem’ pisać tylko nocą. Teraz pracuję tylko nocą ponieważ dnie są zbyt gorące. Za dnia spalam tłuszcz smażąc się w ukropie, lub wyruszam w gòry, włóczę się z bezdomnymi psami, lub wyjeżdżam dalej. Szczegolnie upodobałem sobie Sierra Gorda – masyw nieopodal San Miguel. 250-cio kilometrowy odcinek pomiędzy Tequishquiapan i misją franciszkanską w Tancoyol stanowi nie tylko ucztę dla oka lecz i deser dla duszy.

Od pół-pustyni zachodniej części stanu Queretaro szosa wspina sie ponad chmury, az do tropikalnego, urodzajnego wschodu. Łyse dotychczas, lagodne wzgórza, tu i owdzie porośnięte rzadkim niskim kaktusem, stopniowo nabierają kolorow, stają sie strome, porośniete gęstą tropikalną roslinnością. Rozkładające sie na poboczach ścierwa potrąconych przez auta osiołkow zastępuje padlina psów.

Wraz ze zmieniającym sie klimatem, gdzieś na wysokości 3000 m, zmieniają sie również typy ludzkie. Pojawiają się górale, ogniokrwiści potomkowie Campeche, nieufni z początku, juz po chwili okraszonej uśmiechem i nawiązaniem do Jana Pawla 2, zamieniają się w najserdeczniejszych przyjaciół. Bogatsi o uprawną, żyzną glebę i parne, soczyste powietrze, sprawiają wrażenie zdrowszych, młodszych, silniejszych. Rzucający sie tu w oczy brak bezrobotnych, żebrzących, osowialych od obłędnego ukropu pół-pustyni pozostawionej po drugiej stronie ‘Bramy do Niebios’ (La Puerta de Cielo) – najwyzższej partii Sierra Gorda. Odnosi się wrażenie, że praca tu wre, nie istnieje potrzeba sjesty i nikt nie odkłada postanowień do ‘mañana’.

Gęsta, zimna, codzienna mgła pokrywa rosąświat, odżywia nie tylko bujną roślinność, lecz i nadaje siły witalne każdemu stworzeniu. Po suchym, męczącym, przytłaczającym ukropie pół-pustyni, wilgoć zmywa ze mnie nie tylko kurz ale i wszelkie troski, powracają zagubione w dole nadzieje i wypalona wena twórcza.

Talavera


Ręcznie malowana talavera na ścianie budynku

Z czym kładziemy się do łóżka?

Przed tygodniem rozmawiałem z redaktorem  jednego z największych wydawnictw, kanadyjskiego oddziału HarperCollins. Zapytałem: Bruce, jak to jest, że kanadyjscy autorzy zmuszeni są szukać wydawców zagranicą? Dlaczego ja, i kanadyjscy kumple po piórze, „kryminaliści”, czyli tworzący kryminały itp, wydają w USA, a nie w Kanadzie?

Odpowiedział, „Jack, rynek kanadyjski jest zbyt mały aby porywać się na wydawanie literatury popularnej [genre fiction]. Amerykańskie wydawnictwa mogą sobie na to pozwolić.”

Bardzo zadziwiający to komentarz, gdyż sugeruje, że w ponad 30to milionowym kraju nie warto wydawać kryminałów i innej tego rodzaju literatury. Czy to oznacza, że w Kanadzie brak czytelników takich książek? Czy Kanadyjczycy czytają tylko tzw poważną literaturę? To tak jakby powiedzieć, że mężczyźni rozglądają się wyłącznie za świętymi kobietami, i nie rzucą okiem na ulicznicę. Czyli, po prostu, coś nie tak, no bo jak w tym kontekście spojrzeć na największego na świecie wydawcę książek, które złośliwcy i zawistni nazywają brukowymi: Harlequin.

Harlequin to przecież wydawca kanadyjski, teraz o zasięgu globalnym, specjalizujący się w romansach, kryminałach, i ostatnio również thrillerach; to jeden z nielicznych wydawców, których obroty wzrosły w ubiegłym roku, w przeciwieństwie do walących się na łeb na szyję sprzedaży pozostałych wydawnictw. Czyżby można dopatrywać się problemów wielkich domów wydawniczych w ich niezrozumieniu rynku i zainteresowań czytelników? Jednemu z największych domów wydawniczych grozi bankructwo, inne obcinają wydatki gdyż brakuje im funduszy obrotowych, co spowodowane jest spadkiem zainteresowanie ich ofertą, podczas gdy Harlequin i mój własny wydawca dodają nowe działy aby wyjść naprzeciw czytelnikom.

Może wydawcy powinni zacząć nadstawiać ucha na to co dzieje się w sypialniach czytelników, zamiast prowadzić interes według modelu, w którym to wydawca decyduje co czytelnicy tulą do poduszki? Z czym typowy męski czytelnik woli spędzić te parę minut w łóżku: świętą czy ladacznicą?

Pieskie życie


Cóż innego pozostaje psu w gorącym meksykańskim klimacie?

Inne światy wydawnicze

Pracuję nad książką nie-beletrystyczną traktującą o przygodach młodego pisarza w świecie wydawniczym; inspirację znalazłem w setkach listów i komentarzach nadesłanych do mnie przez autorów zdesperowanych i zawiedzionych krętą drogą do publikacji, której wielu nie jest w stanie przebyć; komentarze te są odpowiedzią na szereg esejów (j. ang.), jakie opublikowałem o własnych przejściach gdy poszukiwałem wydawcę pierwszej mojej książki (USA).

Pomysłem pracy i niektórymi szczegółami podzieliłem się z M.K., polskim autorem, który znalazł sytuację autorów północnoamerykańskich „bardzo zagraniczną”.

M.K. powiedział o agencjach literackich, które w USA i Kanadzie uchodzą za jedyną drogę do zainteresowania wydawcy naszą książką: „Znajduję cały ów koncept niezwykle zadziwiającym. Który pisarz chce zawracać sobie tym głowę? My tu wysyłamy nasze prace bezpośrednio do wydawców. [...] Wprawdzie korzystam z usług niemieckiej agencji literackiej zajmującej się przekładami moich książek ale nasi rodzimi agenci służą głównie za pośredników zagranicznym agencjom i wydawcom na rynku polskim.”

O niezbędności korekcji tekstu przed zdaniem go wydawcy, M.K. zmuszony był wypytać mnie dokładnie zanim zrozumiał o czym mówię. Wreszcie powiedział: „Piszę swoje książki na maszynie, a korekty dodaję ręcznie, pisakiem, po czym zdaję maszynopis w wydawnictwie; redaktorka zajmuje się edycją tekstu, przecież to jej praca.”

Rzeczywiście, zgoła inaczej wygląda rzeczywistość polskiego pisarza, bardzo „zagranicznie”…