Ludzie zazwyczaj spoglądają na mnie ze sceptycyzmem gdy powiadam, że nie czytam gazet. A jednak. Ostatnio czytałem gazetę gdzieś w połowie ubiegłej dekady, a i teraz gdy o tym myślę to nie mogę się nadziwić, że tak długo pozwalałem się karmić nonsensem.
Jest kilka powodów, dla których odrzuciłem gazety, jednym z nich jest ich niemożność pozbycia się syndromu Zimnej Wojny: służalczość wobec władz. Mój sąsiad Don, wydawca popularnego miesięcznika, powiada, że to sprawa przetrwania. Zastanawia mnie jednak czy nie jest to już po prostu przyzwyczajenie, i nie tylko do służalczości ale i kłamania. Wystarczy zajrzeć do pachnącego jeszcze tuszem drukarskim New York Timesa: “Benedykt cenzuruje lewicujących prałatów, również tych zainspirowanych Marksistowską Teologią Wyzwolenia.”
Teologia Wyzwolenia i Marksizm? Toż taki nonsens łatwo trawiono przed pół wiekiem, chociaż… “W latach 80tych i 90tych amerykańskie służby wywiadowcze uznały za największe zagrożenie, nie Marksizm Leninizm lub ruch robotniczy, lecz teologię wyzwolenia” (Peter Hallward). Znaczy to, że i publika lat 80tych i 90tych mogła przełknąć bzdury gdy bombardowana była nimi zewsząd: poprzez media i organa rządowe. Ale mamy już 2009 rok! Jest przecież powód dla którego media (gazety i TV) przechodzą największy w swej historii kryzys zaufania. Czytanie gazety to jak podróż w czasie, tyle, że zamiast ciekawych i nowych wrażeń, podróżny odwiedza to samo miejsce i w tym samym momencie historii; to trochę jak dzieciak, którego zmuszają odwiedzać tę samą nudną starą ciotkę. W końcu może się znudzić.








