Połknięty język

W ostatnich paru tygodniach przechodzę straszne problemy językowe, i do tego stopnia, że omijam okazje posługiwania się językiem polskim. Gdzie powód? Mogę tylko zgadywać…

Pracuję nad projektem wymagającym ogromnego nakładu pracy, w języku angielskim, i im bardziej praca mnie pochłania tym gorzej dla języków obcych. Bez przechwałki powiem, że posługuję się pięcioma, angielskim i polskim najlepiej, i gdy któryś z tych dwóch wymaga całkowitego poświęcenia, pozostałe rdzewieją, i to w przyśpieszonym tempie. Tak jest właśnie teraz. Piszę pracę, którą pragnę skończyć przed zbliżającymi się wakacjami (już za parę dni), co wygląda coraz mniej prawdopodobnie. Jestem w pracy zatopiony od kilkunastu tygodni. Dlaczego jednak nie potrafię sklecić paru słów w innym języku? Dlaczego przychodzi to z takim trudem? Tłumaczę to intensywnością bieżącej pracy i jej etapem: najbardziej twórczym, początkowym, gdy wszystko jest wyobraźnią.

Próbowałem rożnych sposobów: rozmawiałem więcej z Panem Zdzisiem, pisałem listy, a wszystko z wielkim bólem; przeczytałem otrzymaną na gwiazdkę trylogię Sienkiewicza, ale ta doprowadziła, że jeszcze trudniejszym stała się konwersacja w języku polskim, nie wspominając o pisaniu. Nie potrafię nawet opowiedzieć o czym trylogia opowiadała, tak jakbym tylko skanował tekst oczyma, bez rejestracji jego znaczenia (pamiętam, i pobieżnie, dużo trupów, ciągłą walkę, ból…) Zdaje się, że archaiczna składnia Sienkiewicza do reszty rozbroiła moją i tak już skołataną głowę.

Chyba naprawdę potrzebuję tych wakacji…

Możliwość komentowania jest wyłączona.