
Pisarski dzień
7 luty, 2008Praca znacznie lepiej mi idzie w ostatnich dniach, i to pomimo braku słowników. Tak, muszę tu wyznać, że w pracy korzystam z całej serii, od słownika języka polskiego do synonimów, lecz nie poszukuję wymyślnych, lub, jak powiada Pan Zdzisio - napuszonych słów. Przeciwnie - w swoich powieściach staram się używać potocznych słów i wyrażeń, zarówno w narracji jak i dialogu. Rzecz jasna, gdy wymaga tego sytuacja oraz charakterystyka bohatera, to słownictwo musi być odpowiednio dopasowane - trudno oczekiwać aby profesor sorbony posługiwał się językiem kloszardów, choć nie jest to wykluczone.
Ktoś mógłby powiedzieć, że odbiera to literacki charakter moim powieściom, ale mimo wszystko obstaję przy swoim - piszę książki sensacyjne, a więc zaludnione ludźmi z marginesów, ludźmi twardymi, którzy nie znają języka salonów. Sądzę, że tym sposobem uzyskuję nutkę autentyczności.
Na marginesie dodam, że strasznie męczę się nad przekazaniem francuskiego akcentu. Jak, bez narracyjnej interwencji, ukazać polskiemu czytelnikowi, że bohater mówiący językiem angielskim, jest francuzem? Nie wiem, i jak dotąd nie znajduję odpowiedzi ani w butelce Corony, ani w tequili.
Zostaw komentarz
Musisz być zalogowany aby móc dodać komentarz.






