
Czas na obiad
4 lipiec, 2008

Kiepsko sypiam gdy pracuję. To zdanie tylko z pozoru nie ma sensu, bo jakże to? Albo się śpi, albo pracuje. A jednak! Rzeczywiście słabo sypiam gdy pracuję na powieścią. Jestem wówczas tak pochłonięty pracą, że nie potrafię znaleźć odpoczynku, lub choćby chwilowego odprężenia. Każdą komórką i każdym zmysłem pracuję, każdą chwilę spędzam, jeśli nie stukając w klawiaturę, to myśląc o tym co i jak napisać, poruszam się w myślach moich bohaterów, i choć na jawie to istnieję niczym we śnie – staję się moimi bohaterami wraz z ich wewnętrznym światem, ich słabostkami, uczuciami, bólami i radościami. Piszę nawet we śnie. Budzę się w nocy by zapisać myśl. Potem leżę. Tak jak ubiegłej nocy. Obudziłem się za kwadrans trzecia aby koniecznie zapisać myśl, którą wiem, że zgubiłbym bez umieszczenia na papierze. Potem nie mogłem już spać. Wołała mnie powieść. Udało mi się jednak zwrócić uwagę gdzie indziej. Za szeroko otwartym oknem kwitło życie. Niby cisza, jak to w lesie, a jednak. Leżąc w ciemności wsłuchiwałem się w odgłosy nocy. Mysie szmery w leśnym poszyciu. Jeżozwierz rozpychający się wśród jakichś rupieci w poszukiwaniu soli, zapewne pozostawionej wraz z potem na narzędziach. Potem szop siłujący się z kubłem na śmieci. Nury wyjące przeciągle na jeziorze. Od kilku nocy, za kwadrans czwarta, jak w zegarku, sowa przysiada gdzieś w pobliżu, huczy. Hu-huu—hu-huu. Milkną mysie szmery w poszyciu. Potem pierwsze ćwierkanie ptaków. Zapewne rozpoczęłoby się wcześniej, gdyby nie sowa. O piątej do zawieszonego w oknie karmnika zlatują się kolibry. Chwile przed wzejściem słońca stają się chłodne. W dole, na jeziorze pojawia się mgła. Gęstnieje. O piątej trzydzieści pierwszy gwizd drozda, który zbudował sobie gniazdo pod rynną, w pobliżu okna. Coraz trudniej odróżnić poszczególne dźwięki w rozśpiewanym trelu. Ptaki w tym roku szczególnie liczne – wyjątkowo dużo komarów – więc chłonę te wszystkie dźwięki całym sobą. Do czasu. Do czasu gdy pies zaczyna się niepokoić, staje się zazdrosny, że tak intensywnie staram się nie poświęcać jemu uwagę.
Czas wstawać.

Pytali mnie czytelnicy o letnie sugestie w wyborze najlepszych powieści kanadyjskich autorów. Powieści lepsze lub gorsze, jest to tak subiektywne iż nie poczuwam się w stanie sugerować cokolwiek, zresztą nie jest pewien czy którekolwiek z powieści, które mógłbym polecić były przełożone na język polski. Ograniczam się więc do wymienienia tuzina popularnych kanadyjskich powieściopisarzy:
Ulubieni wśród dzieci i młodzieży:


Zaproszono mnie do udziału w osiedlowym klubie czytelniczym. Od czasu do czasu spotykamy się z sąsiadami na pogawędkę o książkach, wypić wino I poplotkować. Tym razem ktoś rzucił temat: Creative writing, czyli twórcze pisanie, i zaproponowano abym wziął udział nie jako jeden z nich - czytelników, lecz jako autor.
Padły pytania: Jak powstaje powieść? Co czyni, że jeden człowiek potrafi pisać a inny nie?
Większość rozmówców sądzi iż najtrudniejszym jest znalezienie pomysłu. Nie zgadzam się. Pomysły są na kopy. Podejrzewam, że każdy z rozmówców posiada równie wiele o ile nie więcej pomysłów niż ja.
Najtrudniejszym jest samo pisanie.
I tak - różnica między mną a moimi rozmówcami nie polega na tym iż ja posiadam więcej lub lepsze pomysły, nie polega nawet na tym, że ja potrafię pisać lepiej. Różnica polega na tym, że ja nie posiadam zahamowań, nie wstydzę się napisać czegoś co wydaje się niedobre, dlatego, że wiem jak powstaje powieść: pierwszy szkic jest paskudztwem, którego wstyd pokazać najbliższym. W przeciwieństwie do moich rozmówców – ja w tym momencie nie rezygnuję, lecz zawijam rękawy i tworzę drugą wersję, potem trzecią i czwartą, i dalej jeśli tego wymaga dzieło. Tak tworzona jest powieść – na rozpisywaniu szkicu i każdej kolejnej jego wersji. Praca nad książką toczy się niczym koło młyńskie, za każdym obrotem czerpiące świeżą wodę.
Powiadają, że każdy człowiek nosi w sobie książkę. Sztuka polega na tym aby owa książka zawierała człowieka. Tu jest właśnie różnica między autorem publikowanym a tym co tylko do szuflady: ten pierwszy nie obawia się rzucić na karty to co w najgłębszych zakamarkach duszy. W pisarstwie głowa jest tylko kotwicą.


Joe Bushkin napisał m.inn. Oh, look at me know, który stał się pierwszym przebojem młodego Franka Sinatry.

Z artykułu Ojca Johna Padberga, Jezuity:
W 1552 roku, 17letnia księżniczka Juana z Habsburgów wyszła za mąż za portugalskiego następcę tronu. Dwa lata później, po śmierci męża wróciła do rodzimej Hiszpanii.
Młoda, piękna i zdająca sobie sprawę z własnej pozycji i potęgi, Juana posiadała talent rządzenia. Pod nieobecność brata, Filipa Drugiego, Juana była regentką, właściwą władczynią Hiszpanii.
Ambicją Juany było zostać Jezuitką. Nie mówiąc o niczym członkom rodziny, Juana poinformowała Francisa Borgię, Jezuitę, iż chce wstąpić to Towarzystwa Jezusowego.
Ponieważ sprawa była niezwykle delikatna, korespondencja nie wymieniała Juany z nazwiska lecz pod pseudonimem Mateo Sanchez, Montoya. Juanę przyjęto do zakonu, choć fakt ten utrzymywano w sekrecie.
Będąc władczynią z urodzenia i z natury, Juana rozsyłała listy z rozkazami do Ignacego Loyoli, założyciela Zakonu.
Juana zmarła młodo bo w wieku 38 lat i pozostaje jedyną kobietą Jezuitką.
Ojciec Padberg nie podaje czy rozkazy Juany były spełniane przez Ignacego Loyolę. Jeśli były to oznaczałoby, iż Juana de facto prowadziła zakon Jezuitów. Przysłowie powiada iż “Za każdym wielkim mężczyzną stoi wielka kobieta”. Historia Juany pokazuje jednak, iż może być na odwrót.
Juana:


Pracowity Jezuita:
Jezuita, Dominikanin i Franciszkanin prowadzili dyskusję, która przeciągnęła się do późnej nocy. Nagle zgasły wszystkie światła. Franciszkanin wyciągnął więc gitarę i zaczął śpiewać, Dominikanin począł głosić kazania, a Jezuita zszedł do piwnicy i włączył korki.Towarzystwo Jezusowe (Jezuici):
Pewnej zimowej nocy, nowo narodzony Jezus spał w stajence w Betlejem. Nagle zbudził się, i zobaczywszy woła i osła pomyślał - Więc to jest Towarzystwo Jezusowe!

W latach 80tych i 90tych, amerykański wywiad wojskowy uznał, że największym niebezpieczeństwem dla amerykańskich interesów nie był Marksizm-Leninizm, lub związki robotnicze, lecz teologia wyzwolenia.
Autor Peter Hallward w książce:


We wrześniu fotel prezydencki Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych obejmie Miguel D’Escoto Brockmann. To niezwykle kolorowa postać: katolicki ksiądz, głośny adwokat teologii wyzwolenia, zawieszony w święceniach przez Watykan po tym jak przyłączył się do rewolucjonistów sandinistowskich, został Ministrem Spraw Zagranicznych (patrz również - bracia Ernesto i Fernando Cardenal).
Brockmann pozostaje głośnym krytykiem niesprawiedliwości społecznej, w bliskich stosunkach z obecnym prezydentem Nikaraguy, krytyk panujących w ONZ układów, zwłaszcza prawa weta członków Rady Bezpieczeństwa ONZ (tuszę iż szkody wyrządzone przez pojedynczych członków korzystających z weta powinny być bliskie każdemu Polakowi zorientowanemu w historii swego kraju).
Brockmann nazwał Ronalda Reagana rzeźnikiem moich ludzi a Georga Busha kontynuatorem polityki Reagana: Z powodu Reagana i jego naśladowcy Georga W Busha, świat jest mniej bezpieczny niż kiedykolwiek.