h1

Latająca Columbia

25 czerwiec, 2009
Ta wielka ćma (Hyalophora columbia) unosiła się na tafli jeziora.
Wyłowiłem ją, wysuszyłem w słońcu, i po paru godzinach odleciała…
h1

Delikatny dreszczyk obietnicy

18 czerwiec, 2009

Wyznam, że niejednokrotnie o wyborze książki decyduję na podstawie okładki. Jednakże nie kieruję się grafiką, lecz tekstem, jego brakiem, lub zawartością. O ile książka nie jest mi osobiście poleconą to odrzucam jeśli okładka zawiera pochwalne cytaty znanych osobistości lub autorów.

Dlaczego?

Nazbyt wiele razy zawiodły mnie entuzjastyczne jednozdaniowe recenzje przeróżnych gwiazd i mądrali. Dopiero gdy sam napisałem powieść, i dość popularną, stwierdziłem ile warte są takie pochwały, gdy poproszony o tzw “blurb” nie potrafiłem zdobyć się na odpowiedź odmowną, lub negatywną ocenę na jaką książka zasługiwała. Podejrzewam, że jestem w mniejszości, gdyż czytelnicy, przynajmniej obserwowani przeze mnie w księgarniach, wręcz pożerają pochwały. Niemniej ciekawi mnie czy wydawcy, w marketingowym wysiłku, osiągają nieraz rezultaty przeciwne zamierzonym? Czy owe pochwały winne są zwrotom, jakie zdarzają się w każdej księgarni, i w jakim stopniu?

Muszę tu również poruszyć drugą stronę kija: całkowity brak jakiejkolwiek informacji o treści książki, jej autorze, a tym bardziej pochwał, jak ma to miejsce w przypadku tak wielu książek w moim zbiorze, głównie polskich, z lat komunizmu. Wówczas nie przywiązywano wagi zabiegom marketingowym, lub nie było konieczności chwalić książki, które i tak sprzedawały się w niesłychanych jak na dzisiejsze czasy nakładach, znikających z półek na zasadzie poczty pantoflowej. Zauważam, że darzę te książki pewnym szczególnym sentymentem. Nieznani autorzy i treść ich książek kryją w sobie tyle, delikatnym dreszczykiem przeszywających obietnic…

h1

Gładki start

15 czerwiec, 2009

Gładki start
h1

Ktoś słucha… ale tylko jednym uchem

12 czerwiec, 2009

Niejednokrotnie powtarzałem na stronach tego bloga, jak wkurza mnie, gdy moi zwyrodniali “liderzy” czynią mnie wspólnikiem w zbrodniach, używając pieniędzy z płaconych przeze mnie podatków na mordowanie ludzi (”wojna z terrorem”, itp).

Okazuje się, że nie ja jeden mam dość. Bill Siksay, poseł do parlamentu Kanady, ogłosił ustawę, która pozwoli obywatelom zarejestrować się jako “conscientious objectors” i żądać aby płacone przez nich podatki nie były używane w celach militarnych, a specyficznie dla finansowania armii kanadyjskiej.

Jedno co mnie martwi to brak wyraźnego zaznaczenia w ustawie, że obywatel nie życzy sobie fundować militarne przedsięwzięcia zboczeńców na ministerialnych stołkach, w jakiejkolwiek formie, w tym również opłacanie tzw “private contractors”, czyli najemników, jak to ma miejsce w Iraku i Afganistanie.

Wywiad z posłem, w formacie MP3 (ściągnij lub wysłuchaj).

Odwiedź także: Conscience Canada

h1

Anioł Stróż

12 czerwiec, 2009
Niektórzy ludzie mają Anioła Stróża …

…a pies ma dwóch!

h1

I nie ma nic

9 czerwiec, 2009

Kilkotygodniowy pobyt w Polsce zakończył się zawodem. Polska ery unijnej to już miejsce jak każde inne. Pobyt w Warszawie, Krakowie, czy Gdańsku, odczuwam nie inaczej niż Paryż, Londyn, czy Berlin: te same billboardy, te same supermarkety, te same produkty na półkach marketów, tak samo chemicznie smakujące jedzenie, w kinach ta sama chała, a na półkach księgarskich te same nazwiska, tyle że tekst w przekładzie…

Ludzie? Zabiegani jak wszędzie indziej, może nawet bardziej. Pamiętam czasy gdy niemal każdy napotkany przechodzień znalazł chwilę aby podać kierunek, a przy okazji trochę pogawędzić. Dzisiaj Marszałkowska lub Nowy Świat, to Fifth Avenue, lub Champs-Élysées gdzie prędzej potrącą i zepchną z krawężnika niż przystaną wymienić parę słów… Jeśli już złapie się kogoś to burczy w niezrozumiałym języku, niby swoim, ale naprawdę w nijakim, gdzie co trzecie słowo albo spolszczoną wersją angielskiego, albo zangielszczoną polskiego.

Czego oczekiwałem? Nie potrafię odpowiedzieć, ale z pewnością czegoś innego. Nie koniecznie rzucającego się natychmiast w oczy. Mogły być chociaż jakieś smaki, albo zapach, ale nie, wszystko jak gdzie indziej. Aby chociaż coś nieuchwytnego, coś co można by, co trzeba by wyczuć szóstym zmysłem. Nie było nic.

Czego się spodziewałem? Dlaczego w ogóle spodziewałem się czegokolwiek? Na myśl przychodzi dzień sprzed paru dekad, gdy pisane mi było zmienić kontynenty. Co wówczas uderzyło, to nie inny system polityczny, nie inny poziom rozwoju technologicznego, lub kultura… Nie! Co wtedy mnie uderzyło, i od razu, jak obuchem, to smak: i tu i tam jedzenie smakowało całkiem inaczej, choć z wyglądu niby to samo. W Polsce owego niedawnego okresu można było zjeść prawdziwe, gównem nawożone i na gównie rosnące produkty. Dziś nie ma nawet tego. Nie tylko restauracyjne jedzenie lub supermarketowe produkty, ale i domowe danie smakuje jak wszędzie, za sprawą tych samych rakotwórczych nawozów sztucznych.

W mas-kulturze i w mas-produkcji wszystko wygląda i smakuje jednakowo, wszystkiego jest w bród. Ale tak naprawdę nie ma nic.

h1

Szablon

8 maj, 2009

Wybrałem się do teatru, na premierę. Zainteresował mnie temat sztuki: pedofilia w kościele katolickim. Podejrzewam, że właśnie temat sprowadził tłumy widzów, i tylko zainteresowanie tematem było wspólną wykładnią między mną a znakomitą większością. Sztuka okazała się szablonowa i po prostu nudna. Ale tylko w moich oczach. Podczas gdy ja z każdą minutą ziewałem coraz bardziej ostentacyjnie, widownia reagowała coraz gwałtowniej, to wybuchając śmiechem, to znów zgrzytając zębami na niesprawiedliwość spotykającą głównego bohatera… Krótko mówiąc sztuka podobała się ludziom, i bardziej niż ostatnio przeze mnie oglądane; po zakończeniu, aktorów wywoływano trzykrotnie… a to znaczy iż trzykrotnie blokowano rząd, co spowodowało, że nie mogłem szybko wydostać się z teatru.

W drodze do domu zastanawiałem się co spowodowało tak odmienny odbiór i doszedłem do wniosku, że winien był szablon. Dramaturg skorzystał z konwencji jakiej często używają autorzy powieści przeróżnych kategorii (w tym wypadku coś między sensacją a komedią), gdzie wszystko jest czarne lub białe, wiadomo kto jest zły, kto dobry, kiedy się zaśmiać, a kiedy uronić łezkę. Nie winię tu autora, jakże mógłbym skoro sztuka okazała się sukcesem. Martwi mnie jednak, że tego rodzaju sukces (a więc oklaski ze wszech stron) nigdy nie będzie moim udziałem. Nie chcę tu sugerować, że nie korzystam z konwenansów w swoich powieściach, i owszem, lecz czynię to gdyż nie mam wyboru, niemniej staram się je zakopywać jak najgłębiej pozwoli na to ślepota wydawcy. Każdy autor chcący znaleźć wydawcę w Ameryce Północnej musi być przygotowany na szablonowość, wystarczy odwiedzić strony internetowe wydawców, przejrzeć ich zapotrzebowania aby stwierdzić, że złożone manuskrypty muszą zawierać bohaterów takich czy siakich, akcja musi mieć taki czy owaki przebieg, tyle a tyle zwrotów, seks ograniczony do pocałunku, oraz jednoznaczne zakończenie…

Przed dwoma tygodniami obejrzałem inną sztukę, jedną z najlepszych, które miałem okazję widzieć. Byłem jednym z nielicznych, któremu się spodobała. Widzowie siedzieli jak trusie, nie wiedząc jak reagować. Jedyny komentarz jaki później usłyszałem to “Nie rozumiem czemu miał służyć dowcip o Żydach i Palestyńczykach, kiedy sztuka nie była ani o jednych ani drugich”. Nie będę się o tym rozwodził, nadmienię jednak, że dowcip służył zobrazowaniu myśli przewodniej całej sztuki. Po spektaklu rozmawiałem z reżyserem i aktorami, i poruszyliśmy mniej więcej te myśli, które wyraziłem powyżej. Reżyser widział reakcję widzów z perspektywy różnych kultur. Ta sama sztuka wystawiona w Londynie i we Francji przyjęta była entuzjastycznie. Dlaczego? Reżyser wyjaśnił to w dwu słowach: Brak szablonu. O ile w Ameryce Północnej tworzymy utwory szablonowe, czy to z poruczenia wydawców, czy “pod” odbiorcę, to w Europie często odchodzimy od konwencji. Po drugiej stronie wody nie wszystko musi być tak czarno białe, nie zawsze musi być oczywistym który bohater jest pozytywny a który łajdakiem, a zakończenia nieraz brak całkowicie. Czemu to służy? Udziałowi odbiorcy. Czytelnik, lub widz, sam musi stwierdzić “co autor miał na myśli”, a zakończenie dopisać sobie sam.

Nie winię odbiorcy. Skłonny jestem wskazać palcem na tych, którzy decydują co i w jakiej formie jest wydawane. Wydawcy. Producenci. Kim są? Co, i czy w ogóle cokolwiek wiedzą o czytelnikach lub widzach? Nie wiem. Ale zauważam, że kryzys w świecie wydawniczym ma gdzieś swoje źródło. Przeglądając publishersweekly (subskrypcja), stwierdzam ciekawą prawidłowość, żeby nie powiedzieć szablon: północnoamerykański światek wydawniczy to koło młyńskie obracające tę samą stęchłą wodę. Miałem okazję przejrzeć archiwa tego serwisu, sięgające 2004 roku. Ludzie, których wyrzucono z jednego wydawnictwa, po paru tygodniach wypływają na wierzch w innym. Setki, których wyrzucono na ulicę jesienią ubiegłego roku, teraz już decydują co jest publikowane przez inny dom wydawniczy. I tak dzieje się od lat. Ci sami ludzie, te same, szablonowe, decyzje…

h1

Cięzka zima

1 maj, 2009

Ktoś nie przetrwał tej długiej zimy…
h1

Elektroniczne zeznania podatkowe

29 kwiecień, 2009

Złożyliśmy zeznania podatkowe korzystając z elektronicznego programu. Korzystamy z tej dogodności od ładnych paru lat. Program podpowiada, koryguje, sprawdza, i na koniec zrzuca plik do odpowiedniego urzędu podatkowego. Niby cacy, ale jest w tym coś co mi się nie podoba.

Papierowe formularze podatkowe nigdy nie stanowiły ulubionego sposobu spędzenia weekendu, oferowały jednak bardzo istotną różnicę, której brak mi w elektronicznej wersji. Na papierowym formularzu zawsze można było dopisać instrukcje dotyczące spożytkowania przez rząd moje ciężko zarobione pieniądze. Przeglądałem właśnie stare sprawozdania podatkowe, na których znalazłem takie oto dopiski instrukcje…

“Nie wyrażam zgody na wykorzystanie moich pieniędzy na wojny, napaści, okupacje, tortury, korupcję lub podtrzymywanie przy życiu przestarzałych gałęzi przemysłu.”

Były też i takie dopiski…

“Załączone pieniądze przeznaczam wyłącznie na publiczną edukację, służbę zdrowia, rozbrojenie, ochronę środowiska, redukcję długów Trzeciego Świata…”

Niestety w elektronicznych formularzach brak miejsca na zamieszczenie jakichkolwiek instrukcji. Brak również miejsca na dopisanie następującej klauzuli…

“W przypadku nie zastosowania się do powyższych wymagań niżej podpisanego obywatela zwalnia się z wszelkich obowiązków podatkowych względem nieetycznej polityki państwa”…

h1

Piractwo książkowe

23 kwiecień, 2009

Przeglądałem Internet w poszukiwaniu plików Linux, open-source, i przypadkiem trafiłem na stronę oferującą wymianę plikami. Pełno tam programów, muzyki, filmów, przeróżnych dokumentów, i ebooków. Wszystkie pliki są bezpłatne, wiele z wygasłym prawem autorskim, więc technicznie mówiąc – legalnie wymieniane, jak np Arystofanes, Demostenes, Jane Austen, itd. Niestety, wśród plików zdecydowana większość to pirackie kopie zastrzeżonych produktów, w tym elektroniczne wersje tysięcy książek, których autorzy nie udzielili zgody na tego rodzaju transfer ich prac.

Muszę tu zaznaczyć, że wielu autorów głęboko wierzy, iż udostępniane elektronicznie książki doskonale służą reklamie i popularyzacji autora, i chętnie zezwoliliby na bezpłatny transfer wcześniej publikowanych utworów, jak np moja kumpelka T Gerritsen, która niedawno “zrzuciła” jedną ze swoich książek do serwisu Internetowego. Ja również zaliczam się do autorów, któremu nie przeszkadza, żeby moje poprzednio wydane książki dostępne były bezpłatnie w Internecie (niestety tu nie zgadzamy się z wydawcą!)

W tym wypadku jednak nawiązuję do książek, których autorzy nie udzielili zgody na ich reprodukcję i darmowy przekaz. Mam tu na myśli pisarzy, a wśród nich wielu moich przyjaciół, których książki wydano dopiero przed kilkoma tygodniami, a elektroniczne ich wersje już znalazły się w Internecie. Jako autor uważam to za jedną z największych pochwał gdy czytelnicy gotowi są poszukiwać mojej twórczości we wszelkich możliwych formach. Niestety, mój wydawca, i każdy inny wydawca patrzy na to całkiem inaczej. Obawiam się również, że dojść może do sytuacji, gdy wydawcy dobrze się zastanowią nad wydaniem produktu, który prawie równolegle z jego wydaniem dostępny jest całkiem bezpłatnie. Z drugiej strony… Może nadejdzie taki czas (wielu powiada, że już nadszedł) gdy znikną wydawcy, a autorzy będą dostaracząc swoją twórczość bezpośrednio do odbiorcy, bez pośrednika, i w formie jaką wybierze czytelnik. Próbuję znaleźć w tym jakiś negatywny kontekst, lecz nie mogę…

PS

Wśród książek zauważonych w Internecie, wiele jest pakowanych w zestawy, jak:

Agatha Christie — 93 książki
P Coelho — 10
Ann Rice — 15
Nora Roberts — 13
Robert Ludlum — 32
Tim Zahn — 22
Clive Cussler — 27
Jonathan Kellerman — 6
Colin Forbes — 7
Alex Kava…
Spośród moich porzyjaciół znajduję:
Tess Gerritsen, Harlan Coben, James Patterson, Meg Cabot, i wielu innych…